Geoblog.pl    milanello80    Podróże    Wenezuela 2009 - NIESKOŃCZONY    Ostatnie dni błogiego relaksu
Zwiń mapę
2009
22
sty

Ostatnie dni błogiego relaksu

 
Wenezuela
Wenezuela, Margarita
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 9548 km
 
Całodniowe koczowanie na lotnisku w Ciudad Guyana sprawiło, że de facto straciliśmy cały dzień, który pierwotnie planowaliśmy przeznaczyć na aktywne spędzanie na wyspie Margarita. Adamsa ucieszył nasz powrót na wyspę, chyba podświadomie żałował, że ominęło go tyle przygód. A nawet połowy z nich jeszcze nie zdążyliśmy mu opowiedzieć. Nasze ostatnie 3 dni na wenezuelskiej ziemi planowaliśmy spędzić zdecydowanie mniej aktywnie, dzieląc czas głownie na błogi relaks. Do naszej czteroosobowej grupy przyłączyła się poznana przez Adamsa Rosjanka Tatiana. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby nie fakt, że odtąd musieliśmy brać dwie taksówki miast jednej. Z drugiej strony, fakt że w Wenezueli jest najtańsze paliwo na świecie ( 7 groszy za litr - dosłownie !), sprawiał że mogliśmy sobie trochę pofolgować, dając upust swoim arystokratycznym mrzonkom. W końcu byle awanturnik nie jeździ taksówkami po 100 km :)

Od hotelowych boy'ów zasięgnęliśmy informacji, że inną plażową destynacją na wyspie, którą zdecydowanie warto odwiedzić jest Playa El Yaque. Położona na samym południu wyspy, w niedalekiej odległości od lotniska, słynie jako jedna z wiodących w świecie destynacji do uprawiania wind i kitesurfingu. Głównie dzięki względnej płytkości nadbrzeżnego morza oraz swobodnie hasającemu nad okolicą wiatrowi. Nam jednak, przesiąkniętym wrażeniami z przygód odbytych w wenezuelskim interiorze, nie w smak już było zbytnie uprawianie jakiejkolwiek aktywności. Czas raczej wypełnialiśmy na leżakowym lenistwie, przerywając je od czasu, czy to z konieczności zmiany niewygodnej już po czasie pozycji, czy też by zasięgnąć łyka z drinkowej szklanicy. Tutejsza pina colada, sex on the beach, czy tytułowa margarita smakowały wybornie. Czasem rzuciliśmy też okiem na miejscowe seniority, starające się przybrązowić już swe wystarczająco brązowe krągłości. Ciekawe ile z owych krągłości było dziełem natury, a ile następstwem sprawnych ruchów chirurgicznej dłoni? W końcu w Wenezueli poprawianie piękna w ten sposób należy do niezwykle popularnych procederów.

Kolejnego dnia postanowiliśmy odwiedzić dobrze nam już znaną, najsławniejszą plażę wyspy Playa El Aqua. Tym razem jednak przykazaliśmy taksówkarzowi zatrzymać się zdecydowanie wcześniej, bo już w okolicach plaży Parquito. Playa Parquito, długa na około kilometr, szeroka raptem kilkanaście metrów syci oko spokojem tutaj emanującym. Turystyczna brać obrała sobie jako swą oazę plaże El Aqua, dzięki czemu nie sposób natrafić tu na tłumy. Tym bardziej to zaskakujące, że tutejsza plaża niczym nie ustępuje w urokliwości swej sąsiadce. Zgodnie z pierwotnym planem postanawiamy, po niespiesznym lenistwie na tutejszej plaży, zorganizować sobie spacer morskim nabrzeżem do sławniejszej siostrzanej plaży. Punktem rozdzielającym obie plaże jest skalny cypel, skutecznie trzymający fason parawanu szczelnie utrudniającego swobodne przejście pomiędzy nimi. Skalne wypiętrzenia, kraby czmychające pod nogami bynajmniej nie ułatwiają nam dotarcia do celu. Osławiona Playa El Aqua dostarcza nam sposobności zakosztowania ostatnich podrygów słońca przed naszym nieuchronnym powrotem do mroźnej europejskiej rzeczywistości. Aż by się chciało ot po prostu nie wsiąść w samolot. Na plaży natrafiam na staruszka ręcznie rzeźbiącego w kokosie indiańskie twarze. Zakupiony u niego Indianin do dzisiaj wdzięcznie spogląda na mnie z domowej półki, przypominając cudowne chwile spędzone na wenezuelskiej ziemi. Aż szkoda mi było nakładu jego pracy, gdy w zamian za ową oryginalną, nienaśladowalną i jedyną w swoim rodzaju pamiątkę, zażyczył sobie śmiesznego ekwiwalentu pieniężnego. Toż to turystyczny blichtr, robiony na skalę masową, powtarzalny i tandetny, kosztuje zdecydowanie więcej. Aż miło mi było zapłacić staruszkowi więcej i to pomimo jego niechęci przystania na moją ofertę. Mojej satysfakcji nie zakłóciły nawet komplikacje, jakie mnie spotkały na lotnisku, gdy owa indiańska maska z kokosa, była podejrzewana jako obiekt, w którym można by przemycać narkotyki. Ciekawe, jak bym je tam włożył ? Zresztą wenezuelska kontrola bagaży odbiegała od standartów widzianych przeze mnie na lotniskach europejskich. Widać oko Chaveza, chce prześwietlić wszystko, co wywożone jest z wenezuelskiej ziemi. Toteż skrupulatnie przeczesywano bagaż każdego z turystów.

Tym samym nasza 15 dniowa, zdecydowanie za krótka, wizytacja wenezuelskiej ziemi dobiegła końca. Europa witała nas mrozem, do którego nasze zabrązowione, przesiąknięte egzotycznym słońcem twarze, nijak nie mogły się przyzwyczaić. Przygoda dobiegła końca, wspomnienia pozostały wieczne. Palmy uginające się pod przyciężkawymi kokosami, egzotyczne plaże, dżunglasty interior, zaciekawione indiańskie twarze, wreszcie przenikająca myśli inność owego świata, stały się obiektem wielu wspomnień, choć trochę rozgrzewających w zimowe wieczory. Dzięki wspomnieniom aż miło wrócić było w świat wenezuelskiej rzeczywistości, ukazującej piękno tamtejszej natury, przestrzegającej przed bandyckim charakterem wielu mieszkańców, niemniej niebywale urokliwej i pobudzającej wyobraźnię.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (14)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 41.5% świata (83 państwa)
Zasoby: 1099 wpisów1099 1494 komentarze1494 14333 zdjęcia14333 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
27.04.2024 - 02.05.2024
 
 
24.11.2023 - 26.03.2024
 
 
04.11.2023 - 06.11.2023