Geoblog.pl    milanello80    Podróże    Kastylia Leon (Hiszpania) 2008    Życie prawie jak w Madrycie
Zwiń mapę
2008
27
wrz

Życie prawie jak w Madrycie

 
Hiszpania
Hiszpania, Madrid
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 2182 km
 
Ostatnie dni naszej kastylijskiej włóczęgi zostawiamy sobie na stolicę kraju. Czuję się wyjątkowo spokojny i wyciszony. Dzikie górskie ostępy, prowincjonalne miasteczka, ogrom przepięknych budynków i konstrukcji w Kastylii – Leon chyba tak na mnie wpłynął. Wiem, że  stan taki długo trwać nie będzie, w końcu wjeżdżamy do miasta molochu, kosmopolitycznej mieszanki, przepełnionego tłumami z różnych końców świata, o różnych rysach, porozumiewających się wszystkimi językami, których nazw i genezy nawet największy antropolog, czy lingwista jak kto woli, zapamiętać by nie mógł. Tłumy przewijają się przed oczami z niespotykaną prędkością. Ten wielokulturowy melanż sprawia, że można się tu czuć nieswojo, chyba nie sposób spotkać tu kogoś po raz wtóry. Do tego mieszające się dźwięki, dudnienia, klaksony, głosy - odwracam głowę, choć po co sam nie wiem. Źródeł tych odgłosów i tak nie sposób zidentyfikować. To tak ma wyglądać to słynne “życie jak w Madrycie”? To ja tak nie chcę, wysiadam. Na mnie, chłopaku z prowincjonalnego miasteczka, ceniącym sobie nade wszystko spokój, kontakt z naturą stawiającym ponad wszelkie wygody i atrakcje wielkich metropolii, nie robi to zbyt pozytywnego wrażenia. Ponad godzinę krążymy naszym zielonym cudactwem po zakorkowanych ulicach miasta, wokół tłumy szalonych kierowców o typowym południowym temperamencie za kierownicą, z boku nadciąga masa próbująca przedrzeć się na druga stronę i to nie tylko na zielonym świetle. Przypominają mi się makabryczne sceny z filmów dokumentalnych, gdy stada zebr, bawołów, antylop i innych parzysto i tych nie kopytnych, próbują przedostać się w drodze ku pastwiskom, na drugi brzeg rzeki, będąc pod bacznym krokodylim obstrzałem. Z zamyślenia wyrywają mnie kolejne, trudne do zliczenia klaksony pozostałych krokodyli, tfu...kierowców. Koniec cierpliwości, zjeżdżamy do podziemi, ale i tu gwarno, zostawiamy zielone cudactwo na podziemnym, cholernie drogim parkingu. Na przyszłość już wiem, że do miast – molochów nie ma co brać samochodu. Kolejny problem zarysowuje się na horyzoncie, gdy jeden za drugim właściciel hostelu informuje, że już nie ma miejsc. Po długich poszukiwaniach wreszcie udaje się nam znaleźć miejsce na spędzenie nocy. O komforcie tegoż miejsca nawet nie warto nadmieniać. Krzywdę można wyrządzić innym wcześniej i w różnych zakątkach tułaczki odwiedzonym miejscom snom zarezerwowanym, wyłącznie poprzez samą myśl o możliwości skonfrontowania ich standardów. Kuszony rzekomymi urokami nocnego Madrytu, daję za wygraną zmęczeniu, sumiennie przyrzekając sobie doświadczenie nocnych atrakcji w dniu następnym. W końcu po kilku dniach wyciszenia na kastylijskiej prowincji, wypadałoby dostarczyć dowodu tezie, że człowiek stadnym zwierzęciem jest. Pomimo zmęczenia niełatwo jest usnąć, w głowie cały czas huczy, przewijają się, bynajmniej nie za bardzo przyjemne, miraże, ciągle słyszę odgłosy madryckiej metropolii. Zastanawiam się, czy nie lepiej z powrotem uciec na kastylijską prowincję, która tak gościnnie mnie przyjęła i która tak pozytywne piętno na mnie odcisnęła.

Nowy dzień jakby piękniejszy, świadom miejsc, które chcę odwiedzić, planów wędrówki do zrealizowania, nie zwracam już uwagi na wojnę toczącą się tutaj pomiędzy tymi różnymi szmerami, rozmowami, klaksonami i innymi mniej lub bardziej dnia poprzedniego dokazującymi dźwiękami. Zaczynam dostrzegać, że Madryt jest piękny.
Znaczny wpływ na historię wioski Magerit ( znaczy – miejsce życiodajnej wody), wzniesionej tu w czasach arabskiej bytności na półwyspie Iberyjskim, wywarł znany mi już z kastylijskich wojaży Filip II i jego sławny Escorial. Toż to nie kto inny, jak ów król kolonialnej wówczas potęgi świata, ustanowił, z racji bliskości od swej rezydencji Escorialu, Madryt stolicą kraju. Pozbawione urbanistycznej myśli, pospiesznie wznoszone miasto, zastało dynastię Burbonów, trzymającą po Habsburgach pieczę nad krajem, w stanie, używając li tylko eufemizmu, co najmniej opłakanym. Zapuszczone domy, szare i pozbawione blasku fasady pałaców, zabrudzone i pełne przestępców i ulicznic miejskie trakty, sprawiać musiały przygnębiające wrażenie. Do dziś miasto czerpie z rozmachu i fantazji, z jakim zwykli sprawować swe rządy Burbonowie. Szerokie bulwary, cudowne fontanny, wspaniałe place, niezliczona ilość pomników, otoczonych rozległymi i wiecznie zielonymi parkami, rosnąca w zawrotnym tempie liczba pałaców, a zwłaszcza galerii zawierających wytwory pędzla najwybitniejszych umysłów malarskich, musiała nadać miastu królewski charakter. Dziś Madryt jest dumny, pełen dystynkcji, śmiało może stawać w szranki w walce o przyznanie statusu europejskiej kolebki kultury, sztuki i myśli architektonicznej, już nie musi chylić nisko czoła przed innymi urodziwszymi zapewne stolicami kontynentu.Madrycką eskapadę zaczynam od pełniącego w przeszłości funkcję rynku Plaza Mayor. To tutaj odbywały się koronacje, tutaj tłumy podziwiały dzielnych torreadorów, tutaj inkwizycja zbierała swoje krwawe żniwo. Obecnie, wyłączony spod ruchu kołowego plac, swoim spokojem, masą kawiarenek, budzi bardzo pozytywne wrażenie. Niedaleko stąd do pełniącego współcześnie funkcję ścisłego centrum Puerta Del Sol. Jest on zupełnym przeciwieństwem Playa Mayor. Tłumy turystów mieszają się z jeszcze większymi tłumami miejscowych, spaliny nadpływające wartkim, o stałym natężeniu strumieniem, nieprzyjemnie nadwyrężają zmysł powonienia, traumatyczne miraże i wizje dnia poprzedniego powracają. Nie zamierzam pozostać tu dłużej. Mijając słynny “ kilometr zero”, punkt od którego odmierza się wszystkie odległości w kraju, kieruję się ku położonemu u wyjścia z placu posągowi niedźwiadka zjadającego owoce z drzewa poziomkowego. Stanowi on symbol miasta, w każdym sklepiku można nabyć charakterystyczną, niedźwiadkowatą sylwetkę. Właśnie wokół tego posągu madrilenos, jak zwykło nazywać się mieszkańców stolicy, świętują Nowy Rok, zjadając 12 winogron na szczęście – po jednym na każdy miesiąc nowego roku. Mnie pozostaje, wykorzystując obecność niedźwiadka dla poszukiwań szczęścia, zrobienie kilku fotek. Choć dwanaście to na pewno ich nie wykonałem.
Ruszamy w kierunku Plaza de La Cibelles, jednego z najciekawszych placów miasta. Na jego środku stoi majestatyczna fontanna Kybele - bogini płodności, urodzaju, wiosny i miast obronnych, kolejny z symboli miasta. Mnie kojarzy się głównie z kibicami madryckiego Realu, którzy każde wielkie zwycięstwo zwykli świętować, kąpielą w tejże fontannie. Na uwagę zasługują również, okalające fontannę, budynek poczty Palacio de Communicaciones oraz burżuazyjny Palacio de Linares. Uciekający od jakichkolwiek architektonicznych klasyfikacji i przyporządkowań budynek poczty sprawia, że usta same wydają pomruki, w towarzystwie uważane za oznaki zachwytu. Nie widziałem jeszcze nigdy piękniejszego budynku poczty, a zaręczam że kilka w swoim życiu trochę już ich widziałem.
Będąc w Madrycie, każdy kibic kopanej piłki, nie oprze się magii Santiago Bernabeu, świątyni futbolu, w której swoje walki toczy sam królewski Real. Jako milanista, dla niewtajemniczonych - kibic jedynego i w mych myślach, również i przekonaniu, największego klubu piłkarskiej planety – AC Milan, głoszącego na każdym kroku wielkość i hegemonię tegoż, głośnym słowem wielbiącego jego sukcesy, a umniejszającego jego porażkom, wręcz prę by zobaczyć osławiony stadion jednego z największych rywali Milanu. Już z daleka widać jego majestatyczną konstrukcję. Wykupujemy wycieczkę po stadionie. Nie potrafię zrozumieć, że wstęp na stadion w ramach takiej tylko wycieczki jest trzykrotnie droższy niż wizyta w samym Prado, gdzie wiszą dzieła najwybitniejszych przedstawicieli pędzla (o tym później). Wielcy malarze zapewne w grobie się przewracają na samą myśl, że jedenastu madryckich kopaczy przyciąga więcej admiratorów, niż ich wielowiekowa spuścizna. Niesamowity widok rozpościera się z górnych trybun stadionu na zieloną murawę i niebieskie trybuny. Dumą musi ujmować kibiców Realu również i stadionowe muzeum, gdzie zgromadzono niezliczoną rzeszę różnorakich trofeów, pucharów i odznaczeń, wywalczonych przez miejscowych piłkarzy. Nie czuję konsternacji, mój Milan, jest nie mniej utytułowany. Schodząc ku zielonej murawie, mam okazję zasiąść na ławce rezerwowych Realu. Wybieram miejsce, gdzie w skórzanym foteliku zwykł zasiadać Bernd Schuster, ówczesny, dziś już były, trener królewskich.
Do ścisłego centrum wracamy inną drogą, kierując się ku pałacowi królewskiemu – Palacio Real. Mijam Plaza de Espana, gdzie stoi pomnik Miguela Cervantesa. Spogląda on z góry na bohaterów swego opus magnum, sławetnych Don Kichota i Sanczo Pansę. Na twarzy pojawia się niewymuszony uśmiech na samo wspomnienie przygód bohaterów spłodzonych piórem Cervantesa. Zza rogu wyłania się już sylwetka pałacu. Sam rzut oka na pałac pozwala stwierdzić, że jego mecenasami musieli być, znacznie bardziej fantazyjni od surowych Habsburgów, Burbonowie. Ponoć po spuściźnie, pozostawionej by cieszyć oko potomnych, poznać można wielkość władców. Muszę skonstatować, że ten imperialistyczny pałac stanowi dowód majestatu Burbonów. Barokowa rezydencja, gdzie nie popatrzeć lśni złotem. Dostrzegam również, znany mi z Toskanii, jakże piękny i szeroko tam stosowany w ornamentyce, marmur z Carrary. W środku znajduje się niezwykła kolekcja obrazów ( m.in. Goya, Velazquez, czy Caravaggio). Mnie jednak bardziej intryguje królewska zbrojownia, gdzie można podziwiać relikty pokonkwistadorskie, zwłaszcza miecz samego Corteza. By odpocząć po całodziennym zwiedzaniu, udajemy się ku ogrodom królewskim Jardines de Sabatini, a zwłaszcza Campo Moro. By wielkość królewska, a co za tym idzie także i potęga kraju przez nich władanego, była dostrzegana przez świat, Burbonowie wielką wagę przykładali także do aranżacji ogrodów. Nie dziwić może więc wręcz przesyt labiryntów, fontann, altan i innych ogrodowych upiększaczy.
Nasza wyprawa zamyka się w pierścień, po dotarciu na powrót do Puerta del Sol. W drodze ku nowemu miejscu noclegu zostajemy napadnięci przez hordę ulicznic. Są wyjątkowo natrętne, pomimo odmowy nie dają za wygraną. Nigdy nie miałem okazji doświadczyć tak napastliwych kobiet. Utwierdzam się w przekonaniu, gdy w trakcie próby ewakuacji z miejsca “działalności” rozpustnic”, zostaję siłą zawrócony. Czyżbym był aż na tyle atrakcyjny? Owe kobiety lekkich obyczajów były skłonne nawet do tego, by w butach na wysokim obcasie gonić potencjalnego "sponsora". Wiem już skąd zwykło się na określenie syfilisu używać terminu “choroba kastylijska”. Preferuję inną formę przekonania się o nocnej sławie miasta. Przed wyjściem do osławionych madryckich klubów idziemy wziąć prysznic do hotelu, postanawiając naładować się entuzjastyczniej przed nocną eskapadą, pijąc litrowego Mahou. Piwo to, pospołu ze zmęczeniem, wywołanym całodniowym zwiedzaniem, działa na zasadzie usypiacza. Zamiast nocnego madryckiego życia, budzimy się, przy włączonym telewizorze, rano...
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (26)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 41.5% świata (83 państwa)
Zasoby: 1099 wpisów1099 1494 komentarze1494 14333 zdjęcia14333 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
27.04.2024 - 02.05.2024
 
 
24.11.2023 - 26.03.2024
 
 
04.11.2023 - 06.11.2023