Rozpocząłem właśnie kolejny etap podróży po zachodniej części globu. Po około 3 tygodniowych wojażach po Gwatemali i Hondurasie,
czas na nowe. Nowe, nieznane mi miejsca. Ruszam na Karaiby, głównie na
Małe Antyle, ostatnie białe punkty, które czekają na penetrację w tej części Świata. Znam je dosyć słabo, miałem okazję być tylko na kilku karaibskich wyspach. Mimo, że na niektórych, jak Kuba czy Dominikana, spędziłem wiele miesięcy...
Robię to po swojemu. Można by po łatwości, ruszyć wielkim cruzerem, wpaść w kilkutysięcznym tłumie na każdą wyspę na kilka godzin i powiedzieć, że się było, że się zaliczyło. Moja dewiza zwiedzania Świata nie zna słowa zaliczyć. Ja lubię pobuszować, popróbować, powąchać, poznać historię, pogawędzić z lokalsami, zajrzeć w poza turystyczne, wierzę że na Karaibach też i takie są, zakamarki.
Zapowiada się fajna przygoda...Jeżeli by zapytać kogoś minimalnie zaznajomionego z mapą Świata, głównie Europy, czy Holandia graniczy z Francją, zapewne odpowiedziałby, że nie... I, byłby w błędzie.
Otóż Holandia graniczy z Francją. Granica między tymi krajami przebiega przez małą karaibską wysepkę, terytoria zależne tych w krajów, o nazwie
Saint Martin/Sint Marteen. Ta niewielkich rozmiarów wysepka (87 km2) to jedne z kilku terytoriów im zależnych na Karaibach. Uczyniłem tę wyspę, w zasadzie obie jej części miejscem odwiedzin.
Holenderska część -
Sint Marteen, niezbyt przypadła mi do gustu. Chaos, tłumy ludzi wylewające się z cruzerów dopływających do holenderskiej stolicy wyspy - Philipsburg , tylko utwierdziły mnie w przeświadczeniu, że taka forma podróży to nie mój kawałek chleba... Sama stolica nie zachwyciła,. Abstrahując od tych tłumów z cruzerów, nie miała w sobie nawet grama wdzięku, jakimi oczarowały mnie swego czasu stolice innych holenderskich lub poholenderskich posiadłości - Oranjestad na Arubie czy Willelmstad na Curacao. Tam pastelowe kolory domków wręcz rizkochiwały w sobie oko. Przyzwoite plaże, podobnież zatłoczone, nie poprawiły wizerunku holenderskiej części wyspy.
Co innego
Saint Martin, część francuska. Tutaj już masowa turystyka dr facto nie dociera. To oaza spokoju, takiego typowego karaibskiego luzu. Piękne, nie zatłoczone plaże, lokalsi żyjący w typowym GO SLOW trybie. Ciekawa, choć też jakoś nie nadzwyczajnie, stolica Marigot. Ta część wyspy bardzo przypadła mi do gustu...
Cztery dni minęły, jak z bicza strzelił. Czas na kolejną karaibską wyspę... Z Francji, tej przyjemnej grudniowo-słonecznej mimo wszystko nie wyjeżdzam...
P.S. Przejrzałem otchłanie umierającego już powoli GEOBLOGA, żadnych postów z tej wyspy nie znalazłem... Zastanawiające...