Wyspa zwana
"Waitukubuli" czyli "wysokie jest jej ciało", powszechnie znana jest jako
Dominika, choć pewnie większość i tak mylić ją będzie z Dominikaną. Faktem jest, że ciało jej nad wyraz jest wysokim, zważywszy że na odcinku 8 kilometrów od wybrzeża urasta do 1,5 tysiąca metrów... Od siebie dodałbym jeszcze, że dosyć kapryśne, humorzaste, deszczowe ma usposobienie. Miły to jednak deszczyk, lekki kapuśniaczek dodający ochłody od tropikalnych upałów. Taki który przychodzi, nie zapowiedziawszy się i wnet znika, ulatując za jej potężnymi górami.
Dominika to jedna z najbardziej dzikich, nieokiełznanych wysp Karaibów. Kompletnie niekaraibska, bez rajskich plaż, wymuskanych resortów. Dotkliwie doświadczona przez los, czy to w czasach niewolnictwa (dziś zamieszkiwana przez 98% ludności czarnoskórej) , czy też niedawno, poprzez potężny huragan Maria (2017 rok), po którym do dziś próbuje dźwignąć się z kolan. Ten niepodległy kraj, oderwany w 1978 roku od mateczki Wielkiej Brytanii, zapomniany przez międzynarodową społeczność, tonący gdzieś w otchłaniach Morza Karaibskiego, to nienaruszona oaza dzikiej przyrody, zresztą chyba najpełniej pod tym względem na całych Karaibach. Dość powiedzieć, że tutejszy las deszczowy, objęty ochroną jako
Morne Trois National Park jest jedyną tego typu ostoją naturalnej, dzikiej przyrody, pod protektoratem
UNESCO na całych Karaibach. Że nad jej wdziękami rozpływał się już sam Kolumb notując, że wyspa zdumiewająca jest pięknem swych gór...i trzeba ją zobaczyć, by w to uwierzyć... Że jej dziewicze połacie posłużyły za tło do wielu scenek z "Piratów z Karaibów". Że w dalszym ciągu zamieszkiwana jest przez pierwotną społeczność Karibów
(tzw. Kalinago).
Sporo sobie obiecywałem po wizycie na Dominice. Sporo planowałem tu zobaczyć. Plany mają jednak często to do siebie, że lubią pójść swoimi własnymi, niezależnymi od ich autora, torami,,. Inna sprawa, że podróżowanie po wyspie, organizacja transportu tutaj, ale i warunki drogowe absolutnie współgrają z jej dziewiczym, nieokiełznanym charakterkiem. Podróżowanie po wyspie, zwłaszcza kulejącym transportem publicznym , nie należy do czynności zbyt przyjaznych turyście. W efekcie udało mi się raptem zobaczyć ułamek z tych punktów, które pieczołowicie zakreśliłem planując wizytę tutaj. Kilka wodospadów, punktów widokowych, odbyłem też kilka ciekawych snorklingów. Zdeptałem też aż nad wyraz dokładnie różnorakie zakamarki jej niezbyt przyjemnej stolicy -
Rouseau. Zapyziałej nory, ożywającej jedynie co kilka dni na czas przypłynięcia tu któregoś z olbrzymich cruzerów. Chyba zbyt mało przez te kilka dni jej zobaczyłem, by móc wysnuwać kategoryczne tezy i dzielić się własnymi wnioskami. A szkoda, bo to bardzo przyjemny i kompletnie nie turystyczny kraj...