Na
Martynikę nie miałem planu. Ile bym przewodników, internetowych polecajek i tipów nie przeczytał, nijak nie potrafiłem znaleźć idei na zaplanowanie odwiedzin tej francuskiej wyspy. Nazywana wyspą kwiatów, określana górnokotnymi metaforami, nijak nie potrafiła do mnie przemówić, czy to na etapie planowania, czy też i pobytu tutaj. A miałem sposobność być tu stosunkowo długo, bo aż 8 dni. Okres był to zresztą niefortunny, okołoswiąteczny, co wiązało się z ograniczeniami w komunikacji publicznej, brakiem samochodów na wynajem w wypożyczalniach i temu podobnymi utrudnieniami. W efekcie nie zobaczyłem zbyt wiele. Nawet mając na uwadze okoliczność, że moim zdaniem wyspa nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Ileż w końcu można leżeć pod palmami... Pozaplażowych atrakcji zbyt wiele tu nie uświadczysz...
Na pewno do gustu przypadła mi stolica
Fort de France, z wszystkich wizytowanych karaibskich wysp najciekawsza i mająca najwięcej do zaoferowania. Sporo kolonialnych budynków, kilka francuskich kościółków, kawiarenki, restauracje...
Niewątpliwie najciekawszym miejscem na wyspie jest jednak jej dawna stolica -
Saint Pierre. Niegdyś nazywana Paryżem Antyli, później też i, nie bez powodu, Pompejami Karaibów. Miasto onegdaj najbardziej wykwintne i eleganckie z wszystkich na francuskich posiadłościach zamorskich na Karaibach, okrutnie zniszczone w wyniku erupcji wulkanu Mt. Pelee w 1902 roku. Dość powiedzieć, że w następstwie zagłady miasta przeżyły tylko 3 osoby z ponad 30 tysięcy...
Martynika to też, jak to na Karaiby przystało masa urodziwych plaż. Nie udało mi się odwiedzić uważanych za najpiękniejsze na wyspie plaż Salinas, niemniej kilka innych plażowych destynacji wyspy padło moim łupem...
Nowy Rok witałem już na kolejnej wyspie, zdecydowanie ciekawszej, na trasie moich karaibskich wojaży, ale o tym już w następnym poście...