Zakończyłem karaibski etap mojej kolejnej zimówki, 1️⃣7️⃣tej już z rzędu, w tropikach. Miesiąc minął jak z bicza strzelił. Na podsumowania pewnie przyszedłby czas, ale nie przyjdzie...bom ciągle w drodze i czasu brak ...
Teraz już, od jakiegoś czasu śmigam po Ameryce Południowej, po Ekwadorze, moim ulubionym kraju na tym kontynencie. By się tutaj dostać musiałem nieco pokombinować. Ale od czego w końcu ma się głowę. Popatrzyłem na mapę i uznałem, że najlepiej będzie przez którąś z karaibskich wysepek wokół Wenezueli. W efekcie w drodze z Trynidadu&Tobago do Ekwadoru, postanowiłem zatrzymać się na kolejnej z karaibskich wysepek - na
Curacao.
Tę niewielką wysepkę, pod holenderską jurysdykcją (terytorium zależne) znam dosyć dobrze. Spędziłem tu kilka dni równe 3️⃣lata temu, dosyć dokładnie penetrując jej najdalsze zakamarki. Lubię tę wyspę, więc fakt jej odwiedzin, nawet chwilowych, raptem 2-dniowych, napawał mnie radością. Jej stolica,
Willelmstad, to nad wyraz urokliwe miasteczko. Kolorowe, pastelowe domki, niczym wierne kopie kamieniczek amsterdamskich, z tym że dzięki swej niesamowitej gamie barw, znacznie urodziwsze od oryginałów, unikalny przesuwany most, karaibskie słoneczko, cudne plaże, flamingi... Curacao musi się podobać.
Pamiętam, że jeszcze poprzednim razem nieco zniechęcał widok zaniedbanych budynków Willelmstad, zwłaszcza w jej dzielnicy Otrabanda. Obecnie, nad czym wielce zdumiałem, miasto wręcz zachwyca, przechodząc prawdziwą metamorfozę. Z nieco zaniedbanego w prawdziwą, tchnącą życiem i niezwykłymi kolorami, karaibską perełkę. Na jego przykładzie można zobaczyć, jak wiele można w raptem trzy lata zmienić. To chyba najładniejsza, choć pewnie mogłoby się w tej kwestii nie zgodzić arubskie Oranjestad, czy sama Havana, z karaibskich stolic...
Będę się tu starał wpadać częściej...