Opuszczam po 4 miesiącach Indonezję i okolice. Nie na długo. Ot, raptem na tyle, by wyskoczyć...
do Afryki
Ma w sobie Afryka tę moc przyciągania. Te puste przestrzenie, ta wolność, bezustanne przebywanie na łonie natury, bycie bezstronnym obserwatorem afrykańskiej rzeczywistości, game drive'y po ostoi dzikiego zwierza.. Po zeszłorocznym trzytygodniowym self safari roadtripie po południu Czarnego kontynentu, wiedziałem że muszę tu wrócić. Ta Afryka o sobie przypominała, nawoływała. Na tyle, że w ramach noworocznych postanowień założyłem sobie, że oprócz corocznej wizyty na łonie Indonezji, chciałbym co roku zawitywać również na Czarnym Lądzie....
Nie zwykłem rzucać słów na wiatr. Znów parne afrykańskie powietrze, herdy pasiastych zebr, olbrzymie słonie, zew przygody, będą towarzyszami moich wojaży po tym kontynencie...
W planach była Namibia, która za mną już dłuższy czas chodzi, będąc numerem 1 na liście krajów wymarzonych do zwiedzenia. Żadnych przystępnych cenowo lotów ku tej destynacji nie trafiłem. Udało się upolować za to niezłą promocję na RPA. Do kraju, który mnie w trakcie ubiegłorocznych wojaży po tym kontynencie na tyle zachwycił, że wiedziałem że muszę znów go odwiedzić. Zwłaszcza, że tyle miejsc ponadprzeciętnych oferuje chętnym do zapoznania i zmierzenia się z nimi. Mam kilka planów na ten kraj. W zeszłym roku odwiedziłem jego wschodnią cześć, na czele ze słynnym Parkiem Krugera, czy niesamowitym kanionem Blyde. Tym razem uderzam z
Johanesburga przez majestatyczne
Góry Smocze, dalej zawieszone w chmurach
królestwo Lesotho, osławioną nadoceaniczną drogę
Garden Route aż po cudowny
Kapsztad. Przebieram nogami na samą myśl co mnie w drodze spotka, czym mnie znów Afryka zafascynuje, zadziwi, skroni do refleksji...
Ahoj przygodo...
P.S. co najlepsze, się okazało, że to nie będzie ostatnia Afryka w tym roku...