Przyznam szczerze, ze wizja spedzenia Sylwestra w Sihanoukville troche mnie przerazala. Wiadomym bylo, ze miejscowowsc bedzie zatloczona, a znalezienie wolnego miejsca zwiazane bedzie z szeroko zakrojonymi, dlugotrwalymi poszukiwaniami. W koncu z wielu zrodel oznajmiano nam, ze w Sihanoukville wszystkie miejsca noclegowe na ten wyjatkowy, w swiadomosci czlowieka "bialej cywilizacji dzien, zostaly juz zapelnione. Wreszcie nie bylo w zgodzie z moja natura spedzanie tego dnia w tak zatloczonym, przesiaknietym konsumpcyjnym wydzwiekiem , miejscu. Ostatecznie przystalem na propozycje Sigitty, mojej towarzyszki kamobodzanskiej wloczegi, ktora koniecznie chciala spedzic ten dzien wlasnie w Sihanoukville. W koncu i ja mialem w planie tam dotrzec, tyle, ze dzien lub dwa pozniej. Postawilem jednak warunek, ze obierzemy za cel jakas mniej zaludniona plaze. Wiele osob polecalo nam polozona na obrzezach miasta, spokojna plaze Otres. Jak sie okazalo i tutaj baza noclegowa byla maksymalnie zapelniona i poszukiwanie miejsca na nocleg wymagalo znacznych pokladow cierpliwosci i sprawnych nog :) W koncu udalo sie znalezc calkiem przyjemny bungalow z widokiem na morze. Sama plaza nie zachwycala, podobnie zreszta, jak i inne plaze Sihanoukville. Brakowalo mi tu przede wszystkim strzelistych palm, jednoznacznie stanowiacych synonim egzotyki. Samo morze bylo stosunkowo przejrzyste i zdecydowanie cieple, totez plywanie tutaj stanowilo nie lada przyjemnosc.
Wieczor noworoczny spedzilismy w jednej z miejscowych restauracji, urokliwie wpatrzonych w morskie przestworza. Moja noworoczna potrawa, ktora byly grilowane krewetki, kalmary i morska ryba, smakowala wysmienicie. Same obchody Nowego Roku zupelnie pozbawione byly europejskiego charakteru. Czyz mozna czuc sie noworocznie w temperaturach egzotycznych, przyowdzianym w krotka koszulke, przy akompaniamencie fal morskich i otoczonym ludzmi wielu nacji. Nie znaczy to, ze nie bylo przyjemnie, choc moze troche brakowalo sniegu noworocznego. Wiem, wiem ze ciezko w to uwierzyc.
Najwieksza atrakcja wieczoru byla jedna popolnocna, a wiec juz noworoczna kapiel w morzu. Nie byloby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, ze kazdemu ruchowi nog, czy tez rak, towarzyszylo pobudzenie miliona fluroscencyjnych swietlikow morskich. Wydawalo sie, jakby sie plywalo w kosmicznym pyle. Pobliskie ciemnosci rozswietlane byly przez owe male robaczki z taka czestotliwoscia, ze nawet elektrownie sloneczne moglyby popasc w zaklopotanie :)
Kolejnego dnia pojechalismy wynajetym motorkiem na wycieczke po okolicy. Odwiedzilismy pobliski Park Narodowy Ream. Mimo polecenia go ze strony kilku osob, nie wprawil mnie w stan zachwytu. Podobnie, jak okoliczne plaze. Wrecz przeciwnie, wprowadzony zostalem wrecz w stan zazenowania, gdy ujrzalem potezne namioty umiejscowione posrodku parku narodowego, wokol ktorych przez tydzien odbywala sie paskudna rewia milosnikow muzyki trans. Chyba gdzies tutaj aspekt ochrony srodowiska odsunieto na bok...
W drodze powrotnej odwiedzilismy tez inna z plaz Sihanoukville - Victory Beach. Przyznam szczerze, ze nagromadzenie turystow, zwlaszcza rosyjskich, przekroczylo wszelkie spodziewane normy. Dobrze, ze za nasza sihanoukvilska baze obralismy spokojna Otres Beach. Jutro uderzamy na wyspe .... :)