Wreszcie, po sześciu dniach, udało nam się opuścić Varkalę. Nie, nie żebym nie lubiał tego miejsca. Wręcz przeciwnie, bardzo przypadło mi do gustu, czemu zresztą wyraz dałem w poprzednim wpisie. Po prostu po kilku dniach pobytu tutaj uznałem, że wyczerpałem już swoje pomysły na Varkalę, wystarczająco się wybyczyłem, załadowałem akumulatory przed kolejnymi indyjskimi wojażami i czas ruszać. Niestety Song dopadło jakieś zatrucie. Nie pozostało nam nic innego, jak przeczekać aż wyzdrowieje.
Kolejnym celem naszej podróży był południowy cypel Indii. Miejsce, w którym dla jednych Indie się kończą, dla innych zaczynają. Miejsce, gdzie rozpoczyna swój bieg najdłuższe połączenie kolejowe Indii (Linia Kannyakumari - Jammu Tawi liczy sobie 3715 (sic!) km, a jej przejechanie zajmuje minimum 70 godzin !). Wreszcie miejsce, gdzie spotykają się trzy morza - wody Oceanu Indyjskiego, Morza Arabskiego i Zatoki Bengalskiej. Wskoczyliśmy do pociągu, pierwszy raz podczas naszej dwutygodniowej już włóczęgi po Indiach, i po czterech godzinach osiągnęliśmy docelowe Kanyakumari. Jakoś tak w połowie trasy wyjechaliśmy z Kerali, wjeżdżając w granicę innego indyjskiego stanu - Tamil Nadu. Opuszczamy ziemie Boga, królestwo zieloności, dominującej natury, wodnego swiata rozlewisk, zielonych plantacji herbaty, stanu uśmiechniętego od ucha do ucha. Wizytując Keralę zyskałem argument przeciwko malkontentom Indii, utyskującym na wszchobecny indyjski smród, brud, chaos. Moim argumentem jest Kerala. To Indie, a jakby nie Indie...
Tamil Nadu to zupełnie inny stan. Tutaj przyroda nieco przegrywa z aspektami religijnymi i kulturowymi. Ziemie Tamilów to królestwo kolorowych świątyń, pięknie zdobionych gopur, świadectwo jednej z najstarszych indyjskich cywilizacji - drawidyjskiej. To tereny przesiąknięte tamilskim dewotyzmem, literaturą, poezją, muzyką. Sam jestem ciekaw, jak będzie mi danym oceniać ten południowo - wschodni stan Indii.
Kaniyakumari, do którego dotarliśmy, słynie nie tylko ze swego usytuowania na krańcu Indii, o którym to już wspominałem na wstępie. Inne atrybuty mają tu dominującą pozycję. To właśnie religijność i kulturowość tego miejsca przyciągają tu rzeszę pielgrzymów i turystów. Miejscem na skalę masową przez nich odwiedzanym jest przede wszystkim świątynia bogini Kumari - Kumari Amman Temple. Zgodnie z legendą bogini Kumari, dziewica (kanya), stąd i nazwa miasteczka, pokonała demony, przynosząc światu wolność. Jako wyraz wdzięczności, masa hinduskich dewotów zwykła przybywać do jej świątyni, by złożyć jej hołd. Warto wybrać się do świątyni, raz by podziwiać ją od strony architektonicznej, dwa by podejrzeć religijną dewocję i zwyczaje hindusów.
Wychodząc ze świątyni, nie sposób nie zauważyć dwóch wysepek, położonych raptem kilkadziesiąt metrów od brzegu. Obie stały się dosłownie miejscem kultu dwóch zasłużonych indyjskich postaci. Na pierwszej z nich ustanowiono sanktuarium słynnego indyjskiego filozofa Swami Vivekandy, dla upamiętnienia miejsca w którym niegdyś zwykł medytować. Nad kolejną wysepką góruje, niczym kolos rodyjski, ponad 40 metrowy posąg tamilskiego poety Thirruvalluvara. Warto odbyć wycieczkę do obu tych miejsc, mimo że swoje w kolejce do promu trzeba odstać.
Komu mało atrakcji, temu pozostaje odwiedzić pomniki samego Gandhiego (Gandhi Memorial) oraz zasłużonego polityka tamilskiego Karamaja (Karamaj Memorial). Ze swojej strony polecam, dla wytchnięcia po zwiedzaniu wspomnianych atrakcji, spacer dzielnicą rybacką, pełną fotogenicznych łodzi, jaskrawo kolorowych domków, suszonych ryb. Co krok, dosłownie co 10 metrów, natrafia się tu na świątynię chrześcijańską, z przepiękną gotycką ... na czele. W stanie zamieszkanym w prawie 90% przez wyznawców hinduizmu, fakt ten musi zdumiewać.