Wróciłem kolejny raz do
Peru. Kolejny, trzeci już rok z rzędu. Ostatnim razem nieco odczarowało ono swój negatywny image, jaki pozostawiło po sobie za pierwszym razem. Na tyle, że znów wracam. Zaczynam nieco przyjaźniej nań patrzeć. Ruszę trasą dobrze mi znaną, ale odwiedzę i miejsca do tej pory mi zupełnie obce. Będą wysokie góry andyjskie, ale i pustynie. Będzie Amazonia, rzecz jasna ziemie Inków z ich najznamienitszymi skarbami, masa innych miejsc.
Nie chcąc za długo siedzieć w dobrze mi już znanej Limie, mimo że dzielnica Miraflores jest całkiem przyjemną do pobytu, pozwoliłem sobie odskoczyć na kilka dni ku niedalekim południowym ostępom peruwiańskiej stolicy molocha... Raptem 4 godziny drogi dzieli ją od kilku ciekawych pustynnych i nie tylko destynacji. Mało kto pewnie wie, że aż 10% powierzchni kraju zajmują pustynie. Że sama Lima została wzniesiona na pustyni. A wiatr garua dmący od morza, unoszący drobiny piasku sprawia, że słońca, mimo wyśmienitej pogody, ciężko w stolicy uświadczyć. Postanowiłem nieco po penetrować owe pustynne tereny. Widoki z drogi nie zachęcają. Bieda tu w tym Peru straszna. Wychudzone psy, ludzie żyjący w domkach z dykty, niemożliwa wręcz sterta śmieci. Trzeci Świat pełną gębą... Pachamamie pewnie takie widoki zupełnie nie w smak...
W pobliżu całkiem sporawych rozmiarów miasta Ica znajduje się wielce wdzięczna oku pustynna
oaza Huacachina (tłum.ukryta laguna). Potężne piaskowe wydmy schodzą tu prawie pionowo w dół ku niewielkiej lagunie otoczonej całkiem rozwiniętą turystyczną bazą. Miejsce to wielce urokliwe, choć zapewne w szczycie sezonu turystycznego i przy wszechobecnych naówczas tłumach wielce mogłoby stracić w moich oczach na owej urodziwości. Sporo aktywności można tutaj doświadczyć, zjeżdżanie na snowboardzie z wydm (sand boarding), grzanie ile fabryka dała mocarnymi buggies. Moją ulubioną czynnością było jednak podziwianie pustynnej oazy ze szczytu wydm. Zasiadałem i tylko patrzyłem