Ciężko mi sensownie coś sklecić odnośnie
Nikaragui. Wpadłem tu kolejny raz z wizytą. Od zawsze był to
mój ulubiony kraj Ameryki Centralnej. Tutaj zawsze było czuć ducha dawnych czasów. Taka Kuba, nie tylko przez koligacje polityczne, Ameryki Centralnej. Kraj solidnie dotknięty grabieżczą, agresywną polityką terroryzmu jankeskiego. W myśl doktryny Monroe'go łupili oni kraje regionu według uznania, osadzając na tronie marionetkowe kukły (Somoza, paru innych). Grabili, wywozili, rozkradali... Nikaragueńczycy jako najbardziej bitny lud regionu wielokrotnie stawiali im czoła.
Rewolucja sandinistowska pozwoliła odrzucić zapędy grabieżcy. Idea słuszna, niestety kraj wpadł spod przysłowiowej rynny pod deszcz. Lewicujące, prorosyjskie ruchy opanowały kraj, który obecnie, pod rządami dyktatora Ortegi i jego małżonki, coraz bardziej pcha ten piękny kraj w niebyt. Sankcje amerykańskie tłumią gospodarkę, brak reform zabija postęp. Nikaragua tkwi w stanie zawieszenia. Przyjeżdżając tu kolejny raz uzmysławiam sobie ten fakt naocznie. Czas stanął w miejscu. Bawole zaprzęgi suną, jak od dziesięcioleci, główną arterią kraju, boczne nieasfaltowe drogi wzbijają tumany kurzu, setki bezdomnych proszą o jałmużnę. Ortega wypędzając z kraju księży, zakonnice, zakazując procesji religijnych, zabił ostatnie spoiwo ludzkiej godności w tym kraju - wiarę. Wiarę w to, że może być lepiej.Kraj, jak był zacofany, tak pozostał, nie robiąc ani kroku naprzód w ogólnoświatowym pędzie ku nowoczesności. Podróże uczą i kształtują. Kiedyś takie obrazy milej przyswajało oko. Dziś głowa się buntuje, współczuje, płacze patrząc na tutejszą rzeczywistość.
A przecież
taki piękny to kraj. Z takim potencjałem turystycznym. Sąsiednią, trzepiącą niemiłosierne pieniądze z turystyki, Kostarykę, powinna połykać w przedbiegach. Tamci mają jednak know how, Nikaragua nawet nie wie co to, tkwiąc w ideałach rewolucji... Kapitalne kolonialne miasta Granada i Leon, miejsca gdzie onegdaj brukowe kostki ulic uginały się pod masą zbrojnych konkwistadorów. Dziewicze wybrzeże Pacyfiku z niesamowitymi zachodami słońca, absolutnie najpiękniejsze w regionie wyspy Corn (pisałem o nich w osobnym poście), strzelające ku górze potężne wulkany na czele z mega aktywnym Masaya czy adrenalinowym Cerro Negro, największe jezioro (Cocibolca) w Ameryce Środkowej, hipsterska atmosfera wyspy Ometepe, dziewicze lasy deszczowe Moskitii. Można by mnożyć atrakcje tego kraju. Kraju cudownego atrakcjami, kraju miłych mieszkańców, pysznej kuchni, niemniej kraju wielce styranego trudami życia przeciętnego zjadacza tortilli.
W pamięci pozostaje mi ten smutny uśmiech bezzębnego dziadka z Granady, w którym rysują się wszelkie problemy dnia dzisiejszego tego niebywale pięknego kraju...