Do
Salwadoru zawitałem już po raz 3️⃣ci. Tym razem drogą morską wprost z Nikaragui, przez zatokę Fonseka, omijając męczący przejazd lądem przez Honduras. Wjechałem jakby
do zupełnie innego kraju niż ten, który pamiętam. Przywitał mnie szeroki uśmiech pogranicznika pytającego mnie o samopoczucie...
Poprzednio dominowała tu wszechobecna psychoza strachu. Takiego lepkiego, obezwładniającego, paraliżującego mieszkańców, ale pośrednio też i moje chęci poznawcze. Ludzie autentycznie się bali. Musieli się dzielić swym marnym urobkiem dnia powszedniego z panoszącymi się w kraju gangusami. Aparat państwowy był niewydolny, nijak nie potrafiąc się postawić zdemoralizowanym, zorganizowanym grupom przestępczym. Ludzie masowo ginęli na ulicach. Pamiętam, że w dniu w którym przechadzałem się ulicami stolicy - San Salvadoru,
zamordowano wówczas 92 niewinne, przypadkowe osoby... To był chyba moment przełomowy w historii kraju. Zasługa w tym jednego, bezkompromisowego człowieka,
prezydenta Bukele. Jego polityka twardej ręki, zero tolerancji do bandytyzmu, budowa fortec więziennych o wątpliwych warunkach penitencjarnych, często prowadzona na granicy lub poza nią praw człowieka, sprawiły, że Salwador z najniebezpieczniejszego kraju Ameryki Centralnej, stał się tym najbezpieczniejszym. .Rządy prezydenta, jego zaprowadzenie wolności na ulicach ale i w duszach zwykłych ludzi, na tyle przypadły salwadorskiemu społeczeństwu do gustu, że w kolejnych wyborach otrzymał rekordowe 85% poparcia... Życie ludzi zmieniło się o 180 stopni. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać małe prywatne biznesiki, knajpki. Stworzono projekty rozwojowe, infrastrukturalne, urbanizacyjne. Kraj rośnie ⏫ w oczach. Napłynęła masa turystów. Ludziom żyje się lepiej....
Dziś Salwador to inny kraj. Dumny, uśmiechnięty, prężnie chełpiący się swoim nowym, totalnie zliftingowanym obliczem. Kraj może to i maleńki, z niewielką liczbą jakichś sztampowych atrakcji turystycznych. Niemniej niebywale przyjemny w obyciu. Z chyba najsympatyczniejszymi mieszkańcami w całym regionie. Z pysznymi pupusami, surferskimi plażami Pacyfiku, cudownymi zachodami słońca tamże, kilkoma pomajanskimi zabytkami (Tazumal, Joya de Ceren, San Andres), urokliwymi miasteczkami kolonialnymi, majestatycznymi wulkanami i pięknie u ich podnóży usadowionymi lagunami. W Salwadorze w trakcie 3️⃣ moich wizyt tutaj widziałem w zasadzie wszystko. Niby nie mam nic więcej do zobaczenia, niby wyczerpałem swój pomysł na ten kraj. Nic bardziej mylnego, będę tu wracał, bo Salwador w tym nowym obliczu, bardzo przypadł mi do gustu. Oby nie zboczył z obranej drogi...
P.S. Pisałem ostatnio o Nikaragui. Jakże w przeciwnych kierunkach zmierzają te dwa sąsiednie kraje...